poniedziałek, 5 września 2016

Wieczór panieński w stylu starosłowiańskim


Moja przyjaciółka (skoro po kilku latach osłabionego kontaktu i to głownie na fb jesteśmy w stanie mieć o czym rozmawiać "na żywo" tak jak kiedyś, to jednak - przyjaciółka) jeszcze z czasów gimnazjum wychodzi za mąż za dwa tygodnie, więc spotkałyśmy się z tej okazji na Wieczorze Panieńskim. Świadkowa z drużbą zdecydowały, że odbędzie się on w stylu starosłowiańskim, chociaż u nas bardziej słowiańskim niż staro, nieważne.
Konkretniej to urządziłyśmy Wieczór Dziewiczy zwany tez inaczej Rózgowinami.

Wszystkie miałyśmy być ubrane na biało (ciężko było! Z czarnym byłoby łatwiej. Tydzień przed imprezą ogarnęłam, że muszę skrócić jedyną sukienkę jaką mam, aby się nie zabić). Całe wydarzenie odbywało się pod Łodzią, daleko pod Łodzią, na wieeelkiej działce jednej z druhen. Dotarłyśmy na 19-tą, wypiłyśmy herbatę, pojadłyśmy malin. Nasza przyszła Panna Młoda dołączyła do nas po masażu czekoladą w Hiltonie i razem ruszyłyśmy szukać kwiatów na wianki.

Na piękne, rozłożyste wianki trzeba było się trochę nazrywać, a że jestem leniuszkiem - mój wianek był dość drobny. Właściwie był to pierwszy wianek jaki uplotłam w życiu - więc jestem dumna z tego, że się nie rozleciał. Zabrałam go nawet domu.
Kiedy już każda z nas była odpowiednio ustrojona w kwiaty wróciłyśmy nieco bliżej domu, gdzie naszykowane było miejsce na wielkie ognisko. Ponieważ zaproszone panny to w większości harcerki - rozpalenie ogniska poszło bardzo szybko. I bardzo dobrze, bo akurat zaczęło robić się ciemno, a przecież trzeba przeprowadzić rózgowiny.
Przyszła panna młoda została nakryta chustą (i nie powinna jej zdejmować do dnia ślubu, ale cóż, darujemy), a następnie zleciłyśmy jej zadanie znalezienia odpowiednich gałęzi na rózgi i ozdobienie ich. Obskrobane nożem z kory patyczki (przy tym pożartowałyśmy sobie trochę o obdzieraniu ze skór- tak, wiem - bardzo śmieszne) obiecała przekazać drużbom Pana Młodego. Po co? Drużba rózgami ma odganiać od Panny Młodej innych mężczyzn ;)
Kiedyś ubierano też rózgę weselną przekazywaną Staroście, która miała podkreślać jego rolę i okazywać szacunek dla jego roli, ale teraz nikt już nie chodzi na wesele z kijami.

Wedle obyczaju planowałyśmy tez zapleść Ali warkocz. Warkocz to oznaka stanu panieńskiego, rozplatanie go później tuż przed ślubem było ważnym momentem przygotowań do zaślubin. Jednakże Ala nas ubiegła i przyszła z zaplecioną fryzurą i wpiętymi kwiatami. Nawet wianek nie był potrzebny - tak się przygotowała.

Jedzenie nie było starosłowiańskie. Było mocno współczesne, druhny skupiły się podobno na gustach Panny Młodej. Nic dziwnego, to był jej wieczór. M.in była zupa krem z brokułów, makaron z kurczakiem, szpinakiem i fetą, dwie sałatki i koreczki. Nie brakowało też słodkości" owoców, ptasiego mleczka, czekolady, lodów ze świeżymi owocami (w tym figą) ciasta marchewkowego i tortu bezowego z malinami- na sam koniec.

Przedłużaczem, co miał "miljony" metrów podciągnęłyśmy z domku prąd dla rzutnika i laptopa. Na ekranie wyświetlane były prezentacje tworzone wraz z przyszłym Panem Młodym. Ala mogła przekonać się jak dobrze zna swojego wybranka i test zaliczyła wyśmienicie.
Ponadto wyśmienicie zdała też test na żonę: w 20 MINUT! ugotowała posiłek, zawiązała krawat i zacerowała dziurę. Najwięcej czasu zajęło pierwsze zadanie, ponieważ Ala musiała udać się do kuchni (której nie znała) i z dostępnych tam składników (nie wiedziała jakich) zrobić szybko coś do jedzenia. Z przerażeniem podeszła też do wiązania krawata, przekonana, że nie umie (też nie umiem), ale o dziwo poszło całkiem zgrabnie.

Każda z nas zapisała też kilka rad na karteczkach i wrzuciła do słoika. Najwięcej było tych z gatunku "Nie drąż", ale było też wiele  takich, które nie dotyczyły związku, a ogólnie życia. Najlepsza radą wspólnie okrzyknięta została "Kupuj tyle butów, ile chcesz" - ale autor pozostał anonimowy.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Zołzy , Blogger